RSS
niedziela, 18 maja 2014
Ledwie zaczęłam blogować, a już mnie zaproszono - do projektu "Death of a Bookman", czyli "Śmierć pismaka". Jest to taki objazdowy tour z magikami, którzy zdradzają tajemnice warsztatu, czyli odpowiadają na różne krępujące pytania, jakie może zadać pisarzowi tylko inny wścibski kolega po piórze, bądź też jego wydawca. Tour odbywa się wśród blogów polskich i angielskich (jak dotąd). Kiedy już rozbiorę się do cna, odsłonię wszystkie tajemnice warsztatu i garderoby, będę jeszcze musiała wskazać kandydatów na 3 następne ofiary. A tak!
sobota, 10 maja 2014
Na wyspie sztorm. Buja jak na statku. Cieszymy się że buja. Cieszymy się że jesteśmy na lądzie. Idę jedną z ulic Walthamstow, dzielnicy wschodniego Londynu, gdzie wymyślono cockney. Tutaj rozciągały się tereny leśne i posiadłości ziemskie, wioski i rezydencje arystokratów. Niektórzy uważają, że cockney wymyślili złodzieje w XIX wieku, inni twierdzą, że to na dworze królewskim w XVII wieku szlachta stworzyła tajny język, który nazwano 'jaja koguta', czyli coś, co nie istnieje bądź też jest nienaturalne i zdeformowane. Dziwaczne rymowanki w stylu "Przynieś mi 'kota łeb'" (=chleb). Język, który potem rozprzestrzenił się i stał się sposobem mówienia Londyńczyków z nizin społecznych. Język nie tylko wyjątkowy leksykalnie, ale również gramatycznie i melodycznie.
wtorek, 06 maja 2014
Jutro jadę z moim klientem na planowany zabieg do szpitala, a londyńskie metro znowu strajkuje, więc możemy się spodziewać długiej rekreacji w korkach. Z tej okazji może posłuchamy sobie w drodze pewnej undergroundowej piosenki, którą pozwoliłam sobie niefrasobliwie przetłumaczyć. Za wszystkie niecenzuralne słowa z góry przepraszam, mam jednak swoje osobiste porachunki z tutejszym metrem. Zanim pojęłam, że za każdym razem przed wejściem i po wyjściu z pociągu nadziemnego lub podziemnego muszę się odbić, bez względu na to, czy są bramki czy nie i czy czytnik jest chytrze ukryty w miejscu, w które bym nawet nie spojrzała albo umieszczony za siedmioma ruchomymi schodami, siedmioma zakrętami i siedmioma rozgałęzieniami tuneli, więc zanim to pojęłam miasto Londyn zarobiło na mnie ładny pakiecik funtów, za każdym razem ściągając wszystko, co wpłaciłam na kartę oister (odpowiednik polskiej karty miejskiej). I nie wiem, czy kiedykolwiek samodzielnie rozpracowałabym zagadkę, gdyby nie pewna sympatyczna Łotyszka, która ścigała mnie pół tunelu, żeby uświadomić mi tę konieczność, wiedziona słowiańską niezgłębioną solidarnością. Gdy zapytałam o to rodowitego Londyńczyka wzruszył ramionami i powiedział: przecież masz to napisane na ścianach, więc w czym problem? Właśnie, w czym? Może wyjaśnią to panowie Adam Kay i Suman Biswas śpiewający "London Underground".
sobota, 03 maja 2014
Opowieść zaczyna się trochę jak w matrioszce: była sobie wyspa, a na wyspie wioseczka, a w niej bungalow pani Kowalik, w bungalowie pokój, a w pokoiku na szafce telewizor, na oko 26 cali, czyli w sam raz. Nie był on bynajmniej jedynym telewizorem w domu, tylko jednym z czterech, a wyróżniało go to, że był wyłącznie do mojego użytku. Dlatego nie potrafię tego wytłumaczyć i na pewno to zostanie mi wypomniane w niebie, że przez miesiąc nie włączyłam go ani razu. Dopiero kiedy moją maleńką jak naparsteczek gospodynię w bordowym kardiganie, z twarzą wciąż świeżą po nałożonej o poranku maseczce, z policzkami wyklepanymi, włosami wyczesanymi, dłońmi wyperfumowanymi i spódnicą ułożoną jak należy, zabrało pogotowie zrobiłam TO po raz pierwszy. Telewizor jest ponoć dla samotnych lub tych, co samotnymi chcą zostać, a na pewno oddzielić się od bliskich. Bliskich tu nie miałam, więc i oddzielać się nie było od kogo, za to samotność spłynęła na mnie jak olśnienie tego jedynego wieczoru. I podryfowałam w przestrzeń ITV, dawnej regionalnej konkurencji BBC, a dziś najpopularniejszego kanału na Wyspach, bo sobotni kwietniowy wieczór rozpoczęto transmisję pierwszej serii Amazing Greys (Fenomenalnych Wapniaków), programu na żywo, poświęconego rywalizacji pierwiosnków ze zgredkami w dyscyplinach różnych.
wtorek, 29 kwietnia 2014
Wczoraj znowu musiałam zniknąć na parę godzin z miejsca, w którym grzecznościowo korzystam w Londynie z noclegu. I podkusiło mnie: spakowałam mój siedmioletni strój kąpielowy, równie stare, ale nieśmiertelne czarne japonki, czepek, ręcznik i szampon dla brunetek, który dostałam od pani Kowalik ("To nie ma znaczenia, co piszą na opakowaniu. Ja używam takiego z koniem i działa!"). Dwadzieścia minut spacerkiem od mojej bazy londyńskiej znalazłam lokalne centrum rozrywki wodnej: basen, sauna, para wodna, aerobik, lekcje pływania. Słowem, wszystko co znam z Europy i co kojarzę z rekreacją w mieście. Lekko spóźniona na wieczorny "fun swimming", co przetłumaczyłam sobie lekkodusznie jako pływanie dla rozrywki, wkroczyłam na basen. Przebrałam się, wrzuciłam pieniądze do szafeczki, zabrałam pasek z kluczykiem i poszłam.
poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Znów jestem w buzującym energią Londynie i czuję, że wracam do życia. Angielska wieś jest połyskliwie zielona, kwiecista i żywopłotna, ale bardzo nobliwa, tradycyjna i zamykająca w czterech ścianach. Będzie mi wprawdzie brakowało przystojnego ogrodnika, leżącego z pędzlem przy naszym podeście; rzeźnika, który był w Katowicach i zna słowa 'golonka' i 'kaszanka'; pani, która w żeńskiej szkole nauczyła się perfekcyjnie czyścić deskę do krojenia; sąsiadów, którzy zabrali mnie ostatniego dnia na wycieczkę do Ellesmere, nad jeziora i kanały z mieszkalnymi łodziami; i bażanta, który codziennie stukał w szybę patio sprawdzając, czy aby nie znikła i nie otworzyła przed nim nowych możliwości.  Ja w moim pokoiku w ostatnich dniach już nawet nie stukałam, uwięziona w rutynie ściśle zaplanowanych dni, która nagle pękła w sobotę - pani Kowalik rozchlupała się woda w płucach i dwaj chłopcy z pogotowia zabrali ją na specjalny oddział dla para- i tetraplegików. Po tak niespodziewanym  finale mojego pobytu tam, mogłam spędzić popołudnie sama w wielkim domu w wannie z gorącą wodą, a potem wyfrunąć na długi spacer w kierunku jednej z walijskich gór połyskujących na horyzoncie. Spacer w słońcu, deszczu i nareszcie bez cienia odpowiedzialności za drugiego człowieka. Ale teraz nic nie wiem - kiedy pani Kowalik wróci i czy jeszcze odwiedzę dom prawdziwej angielskiej gospodyni, której dumą jest ogród i czystość, a największą przyjemnością zakupy i program Mam talent. Początek pobytu w metropolii celebruję śniadaniem w Moonlight coffee. Zabawna nazwa, ale może rzeczywiście jest jakiś związek między kawą a blaskiem księżyca.  Talerz pełen różności za 3 funty 30 pensów: podsmażana kiełbaska, bekon, jajko na miękko, przyrumienione plasterki pomidora, tost z masłem, herbata z mlekiem. Słodycz w PRL-owskich cukierniczkach. I widok na ulicę: afro, zakwefionych i białoskórych; robotników i matki z dziećmi; samochody i naburmuszone chmury. 

18:02, milapa79
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 kwietnia 2014

Z dotychczasowych osiągnięć jazdy po lewej stronie: odrapałam lusterko poprzedniego klienta; prawie spaliłam sprzęgło, gdy nie mogliśmy ustalić, którym wyjazdem mam wyjechać z czegoś w rodzaju ronda (słynne roundabout); skręciłam pod prąd w ruchliwą drogę pod wiaduktem (na szczęście pod okiem instruktora, który w porę nacisnął na hamulec); zaliczyłam parę krawężników; dokonałam spektakularnego skrętu z drogi na podjazd nie sprawdzając, czy coś nadjeżdża z prawej; próbowałam skosić parę żywopłotów. Na szczęście wszyscy żyją, miód i wino piją.

A dziś znów prowadziłam samochód po lewej stronie. Robię błyskawiczne postępy, zwłaszcza z panią Kowalik na tylnym siedzeniu ("To ograniczenie do czterdziestu nie jest tu potrzebne. Szybciej!", "Ten zakręt wcale nie jest taki ostry. Nie zwalniaj!", "Nie cierpię rowerzystów. Wyprzedź ich!", "Światła? Nie potrzebujesz świateł w ciągu dnia."). Dodatkowo mogę parkować w miejscach nader komfortowych, bo mam niebieskiego badga dla niepełnosprawnych. Na przykład przed sklepem Dunelm z artykułami do domu, gdzie spędziłyśmy dzisiejsze przedpołudnie.

Oglądałyśmy tam i macałyśmy rzeczy różne, w tym około 30 poduszek. Dzięki temu odkryłam odrębne jasieczki dla śpiących na plecach i tych śpiących jak ja na boku. Jak dotąd wystarczała mi zwykła poduszka, ale świadomość rodzi potrzeby. Może powinnam rozważyć zakup specjalnego jasieczka. Trochę zmartwiło mnie natomiast, że pani Kowalik sypia na plecach - wprowadziło to pewien rozdźwięk między nami. Jednakże jako tetraplegiczka musi sypiać na wznak, gdyż noce spędza na dmuchanym łóżku, które przerzuca ją z boku na boku. Dzięki temu genialnemu wynalazkowi, jeśli uwinę się z wieczorną rutyną, mogą korzystać bezkarnie z siedmiu godzin nieprzerwanego snu.

00:44, milapa79
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 kwietnia 2014

Wielkanocny Poniedziałek przepychał się przeze mnie, jak herbata pani Kowalik przez słomkę. A w międzyczasie kolejni brytyjscy śmiałkowie mierzyli się w TV z Łowcą, marząc o powrocie do domu z torbą pełną funtów. I rozpoczął się następny sezon EastEndersów. Aby to uczcić umyłam płytki w kuchni i łazience uniwersalnym płynem o zapachu cytrynowym. Co więcej, wypucowałam pokój dzienny i jadalny jednorazową ściereczką do podłóg drewnianych. I odkurzyłam wszystkie wykładziny, z wieloletnimi śladami kół, a także wykładzinę w moim pokoju, z okruchami czekoladowych Digestives i kruszejącym błotem z tenisówek. 

Wielkanocny Poniedziałek generalnie nie był dobrym poniedziałkiem. Narzeczony się do mnie nie odzywał już od ponad dwóch tygodni. Co więcej, nie miałam pewności, czy wciąż był moim Narzeczonym, choć przez pięć ostatnich lat wydawało mi się coś zupełnie innego. Mój nastrój cały dzień pląsał jak zrajdowana muszka na parapecie. A w dodatku pani Kowalik poczuła się na tyle dobrze, by wzbogacić swój dzienny harmonogram zajęć o podniesienie się z łóżka po południowej drzemce i zjedzenie obiadu w pozycji siedzącej przed telewizorem. Co oznaczało dla mnie - plus minus - WIĘCEJ PRACY. Nie, żebym coś miała przeciwko pracy, ale trzynasta godzina opieki nad kimś sprawia, że łzy cisną się same do oczu, a kąciki ust zjeżdżają na szychtę do kopalni. 

I nie pomaga nawet drzewo pani Kowalik, które wybuchło na klombie przed domem biało-różową kwiecistością. Ani zapach angielskiej wiosny, wdzierający się przez okno mojego pokoju, wychodzące na wypieszczone przez ogrodnika tylne rabatki. 

00:27, milapa79
Link Dodaj komentarz »